wtorek, 30 kwietnia 2013

Groch odkrywa nowe smaki.

Moi mili, dziś nie będzie przepisu na nic, aczkolwiek mam już kilka smakowitych pomysłów do zrealizowania. W planach między innymi lekka sałatka do grilla ( premiera już we czwartek!), penne z brokułami i z boczkiem i ostatnio wynalazłam spaghetti z kurkami w sosie koperkowym.
Ale wszystko w swoim czasie.

Dziś chciałam się z Wami podzielić, czymś co odkryłam w sobotę u mojej kochanej kuzynki Joli. Mianowicie mili państwo - sałatka krabowa.
Nigdy jakoś nie miałam ani okazji, ani ochoty spróbować owoców morza, mało tego jakoś przyprawiało mnie to o mdłości. Ale przełamałam się. Pewnie dlatego, że nie do końca wiedziałam co to jest. Spróbowałam i zakochałam się. Od razu musiałam wiedzieć gdzie takie cudo zostało zakupione i co to jest.
Kiedy się dowiedziałam nie mogłam uwierzyć, że to cudownie miękkie i rozpływające się mięsko w sałatce to krab. Nie było żadnych macek, szczypiec, nóżek czy oczek.

Sałatkę można zakupić na Hali Targowej w Krakowie. Załączam mapkę gdzie mniej więcej znajduje się owe miejsce:



Tak dla stuprocentowej pewności dodam, że jest to sklep rybny. Polecam też śledzie stamtąd! Jakie tylko chcecie - na ostro, na słodko, w śmietanie, w ziołach... 

Co do samej sałatki to mamy w niej jeszcze kukurydzę, ogóreczka kiszonego, zieloną cebulkę i ananasa, a wszystko to w śmietanie ( z majonezem tak sądzę). 


Tak więc moi drodzy, jeżeli chcecie zacząć przygodę z owocami morza na początek polecam właśnie tę sałatkę. Jeśli już przygodę rozpoczęliście, to koniecznie tego spróbujcie! 

Dobrej nocy i miłego długiego weekendu. :)


sobota, 27 kwietnia 2013

Napoli.

To, że kocham makarony to wszyscy wiedzą. W każdej postaci.
Jeśli jest rosół z makaronem, to ja jem makaron z rosołem i tak dalej.
Jeśli chodzi o spaghetti to ubóstwiam ponad wszystko bolognese. Ale dziś zaserwuję Wam spaghetti napoli. Ze specjalną dedykacją dla Iwony. :)

Potrzebujemy:

* makaron spaghetti
* 0,5 kg pomidorów
* 2 ząbki czosnku 
* łyżka oliwy
* kostka żółtego sera ( najlepiej do każdego rodzaju makaronu nadaje się parmezan, ale ja za nim specjalnie nie przepadam, dlatego stosuje zwykły ser żółty) 
* sól, pieprz, suszona bazylia 

Makaron gotujemy zgodnie z zaleceniami podanymi na opakowaniu. Odcedzić i przelać zimną wodą. 
Drobno posiekany czosnek podsmażamy na oliwie. Pomidory ( sparzone i obrane) rozgnieść i włożyć na patelnię, do czosnku, dodać pieprzu i soli wedle uznania. Dusić na wolnym ogniu około 30 minut, do czasu do czasu mieszając. Pod koniec dodać kilka szczypt suszonej bazylii. 
Makaron przełożyć na talerz, polać sosem i posypać serem. 


Zdjęcia niestety nie zdążyłam zrobić. Szybko się na to rzuciły moje domowe sępy. Ale przy najbliższej okazji nadrobię. 

Znalazłam gdzieś smakowity przepis na penne z brokułami i boczkiem. Będę musiała spróbować jak najszybciej. :) 

A teraz uciekam na rower. 

Miłego dnia wszystkim!  

środa, 24 kwietnia 2013

Naleśnikowe cuda.

Długo myślałam co dodać. Ostatnio jakoś mniej się udzielam kulinarnie, ale wszystko się zmieni niebawem. Za pasem już długi majowy weekend, trzeba odkurzyć grilla i kupić węgiel. 
Już myślę co można podać do kiełbaski, karczku i kurczaka. I mam w głowie sałatkę. Ale o sałatce to pogadamy wtedy, kiedy już ją zrobię, podam i kiedy zostanie zjedzona. Ze smakiem mam nadzieję. 

A dziś co jemy? Naleśniki. W wersji słonej, w panierce. Z serem żółtym, szynką, pieczarkami i cebulą. I z sosem czosnkowym. 

Co potrzebujemy do zrobienia takich cudów? 


Na farsz: 
* 20 dag sera żółtego lub tartej mozzarelli
* 25 dag pieczarek
* 1 mała cebula
* 15 dag szynki konserwowej 

Na sos czosnkowy:
* mały jogurt naturalny
* 3- 4 łyżki majonezu 
* 3 łyżeczki koperku
* 2 ząbki czosnku 

Na ciasto naleśnikowe: 
ja robiłam akurat na 7 osób więc: 
* całe mleko we woreczku (900ml) 
* 10 kopiatych łyżek mąki
* 2 jajka 
* szczypta soli 

Panierka: 
* 3 jajka 
* bułka tarta 

Proponuję zacząć od farszu, bo on musi się trochę podusić: 

Pieczarki obrać i pokroić. Wstawić na ogień, dodać póltorej łyżki masła, dwie szczypty soli, dolać wody, niech się dusi. Od czasu do czasu do czasu mieszać lub dolać wody. Kiedy pieczarki będą miękkie dodajemy pokrojoną w kostkę szynkę i cebulę. Całość dusić około 5 minut i odstawić. 

W następnej kolejności trzeba zrobić sos
Do miseczki wlać jogurt naturalny, dodać majonez, czosek, koperek. Wymieszać i odstawić do lodówki aby się przegryzł. 

Pora na ciasto naleśnikowe: 
Wszystkie składni ze sobą zmiksować. Jeśli ciasto będzie za rzadkie dodać jeszcze mąki. Upiec wszystkie naleśniki, odstawić. 

Produkt właściwy :-) 
Na naleśnikach rozprowadzić farsz, który następnie posypujemy startym żółtym serem lub tartą mozzarellą. Zawinąć lub złożyć w kopertę, jak to woli :) Obtoczyć w jajku i bułce tartej i wrzucić na patelnię. 
Usmażone naleśniki polać sosem czosnkowym. 




niedziela, 21 kwietnia 2013

Chowany, klasy i berek.

Witam Was moi drodzy,
nie zapomniałam ani o Was, ani o blogu. Robiłam wczoraj kremówkę. Koniec końców wyszedł biszkopt przełożony masą budyniową. Baaaardzo niefotogeniczny. Ale za to wyśmienity. :)

Jako, że nie nadaje się to do publikacji, musicie poczekać, aż dopieszczę przepis i wyjdzie z tego to, co dokładnie chcę.

Póki co umieram i zdycham. Mój pies również. Odwiedził nas 10 letni Maksymilian - syn mojego kuzyna, przecudowne i kochane dziecko. Pogoda dopisywała więc wyszliśmy z psem na pole i Maks prosił mnie żebym bawiła się z nim w chowanego. Dlaczego nie! Pamiętałam jeszcze z dzieciństwa najlepszą kryjówkę. Okazało się, że to już nie jest najlepsze miejsce dla dzieci XXI wieku. Jak się Młodemu znudziło to wymyśliłam klasy i z przerażeniem stwierdziłam, że on nie wie co to jest i jak się w to gra! Ale od czego ma się tak cudowną ciotkę jak ja. Bardzo mu się spodobało, zwłaszcza pokonywanie kwadracików na czas. Miałam chwilę oddechu, ale w końcu nadeszła i moja kolej.
A kiedy to mu się znudziło ( o dziwo, po dłuższym czasie niż zakładałam, bo po 45 minutach) to wymyślił berka. Znienawidzona zabawa przeze mnie, od zawsze ( po tylu latach nic się nie zmieniło). Ale jak mogę odmówić mojemu Maksiowi? Nie mogłam, ale zrobiłam to już po 5 minutach przebieżki po podwórku. Sapałam gorzej niż Frodo, który caaały czas brał udział w zabawach.

Cudownie było wrócić do czasów klas, berka i chowanego. Niestety lata lecą i kondycja i koordynacja ruchowa już nie ta sama. ;)

I tak oto moja kondycja woła o pomstę do nieba. Ale nie jest już ze mną tak źle. W końcu zaczęłam chodzić na basen i czuje się o niebo lepiej. Dzisiejsza gimnastyka też mi duuuużo dała.
I wciąż mogę dotknąć podłogi rękami na prostych nogach!

Muszę się Wam tez pochwalić jaką nam tata zrobił niespodziankę z rana. Nam - znaczy mi i mamie. Kupił nam cuuudowny rower typu holenderskiego. Już chciałam na niego siadać i jechać, ale Maks był pierwszy. :)

Pozdrawia Was wykończony, wycieńczony, ledwo zipiący Groch.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Wiosna pachnie cytryną.

W końcu się doczekaliśmy wiosny. Piękne słońce za oknem, miły wiaterek, przyjemne temperatury. Aż chce się żyć i coś robić.
Zatem zrobiłam. Babkę bardzo cytrynową.

Nie było mnie w domu cały weekend i tata się obraził, że przyzwyczajam go do tego, że ma co sobie ukroić do kawy w weekend, a tu nagle nic nie ma. Wiedziałam, że oni beze mnie zginą w tym domu. :)

Zatem wzięłam się do roboty od rana. Jako, że mikser całkowicie zwariował postanowiłam użyć robota kuchennego o wdzięcznej i dźwięcznej nazwie KASIA ( mama wiedziała co kupuje i kto będzie go używał).
Do tej pory sobie stał używany dwa - trzy razy w roku do sernika i mielenia sera białego.
Jako, że nie znam się na takiej nowej technologii to ja - kretynka włożyłam zamiast końcówki do mieszania końcówkę do ubijania piany z białek. Co chwilę mi się zacinało, obklejało masą do ciasta i w końcu stanęło w miejscu. Przerażona popsuciem robota kuchennego KASIA próbowałam coś zrobić i wygrzebałam właściwą końcówkę. Ku mojej uldze ruszyło i wymieszało pięknie składniki.
Kiedy już nastała pora nagrzewania piekarnika ustawiłam temperaturę i stwierdziłam, że wszystko robię z termoobiegiem to sobie nastawię na grzanie od dołu i od góry. Zamknęłam drzwiczki i zadowolona z siebie zabrałam się za nasmarowanie brytfanny. Kiedy już wylałam na nią cisto i chciałam włożyć do piekarnika zauważyłam, że z niego wychodzą kłęby czarnego dymu. Myślałam, że spalę piekarnik, kuchnię i w ogóle cały dom. Zadymiłam całą kuchnię. Wciąż nie wiem o co chodziło, ale nastawiłam piekarnik na termoobieg jak to zazwyczaj robię, wiatrak rozdmuchał dym i ciasto się upiekło. Mało tego - wyszło przepyszne! 

Oto przepis na ten specjał: 

* 6 jajek* 2 szklanki mąki pszennej
* masło roślinne (200g)
* szklanka cukru
* opakowanie cukru wanilinowego
* sok z całej cytryny
* skórka otarta z 1 dużej cytryny
* 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
* aromat cytrynowy

Jajka miksować z cukrem i cukrem wanilinowym, dodać obie mąki, skórkę i sok z cytryny, aromat cytrynowy, masło roślinne i proszek do pieczenia. Wyłożyć na blachę nasmarowaną tłuszczem i posypaną MĄKĄ! Pieczemy około 50 minut w temperaturze około 160-170 stopni. Po około 15-20 minutach pieczenia ciasto naciąć wzdłuż. 

Wystudzić i posypać cukrem pudrem. 

BON APETIT! 




wtorek, 9 kwietnia 2013

Czas na przerwę, czas na naleśniki.

Cześć i czołem! 
Oderwałam się na chwilę od mojej wspaniałej pracy magisterskiej, bo naszło mnie, że Was zaniedbuje. A to nie przystoi przecież zostawiać Was tak bez pomysłu na obiad! 

Moi drodzy, dziś z cyku gotowanie z Groszkiem - naleśniki czyli obiad na słodko! W moim wydaniu z serem i dżemem. 
Cały sekret leży w cieście naleśnikowym. Ja metodą prób i błędów doszłam do tego stanu idealnego. Zapomnijmy więc o tych błędach, skupmy się na tym ideale. 
Jaki jest stan idealny naleśnika? Odpowiedź jest prosta - jest on delikatny i chrupiący zarazem. 
Liczba porcji z proporcji jakie podaję poniżej to jakieś 10-12 naleśników. 
Podawać z czym się podoba. W moim wydaniu to było pół kostki sera białego rozdrobnionego z cukrem, żółtkiem  i dwoma łyżkami jogurtu naturalnego. A dżem, jak to dżem. Ze słoika. :) Podawane z bitą śmietaną i oprószone kakao, tylko tym kakao co daje się dzieciom do picia (z misiem czy tam innym królikiem). 

Na ciasto naleśnikowe potrzebujemy: 
* 2 szklanki mleka
* 4 żółtka
* 2 białka ubite na sztywną pianę
* łyżka roztopionego masła   
* półtorej szklanki mąki tortowej 
* szczypta soli 
* olej do smażenia 

Do mleka dodajemy żółtka, roztopione masło, mąkę i szczyptę soli. Wszystko miksujemy przez około minutę na wysokich obrotach. Do ciasta dodajemy ubite białka, dokładnie mieszamy łyżką. Ciasto jest gotowe! 
Patelnię rozgrzewamy z dosłownie dwoma kroplami oleju ( okej, w porywach do trzech) i smażymy jednej i z drugiej strony. Gotowy naleśniki podajemy z czym się komu podoba, jak komu smakuje. 



Okej, nie jesteście głodni, więc ja z czystym sumieniem wracam do pisania pracy magisterskiej. Do wieczora chcę skończyć pierwszy rozdział, więc trzymajcie kciuki! 

Smacznego! :) 

Chciałam Wam także podziękować, jesteście już ze mną, w mojej kuchni trochę ponad miesiąc. Moją kuchnię odwiedziliście już ponad 1000 razy! Totalne zaskoczenie. Cieszę się, że chociaż część z Was robi to co tu zamieszczam i mu to smakuje. Z tego co mi wiadomo szał robi pianka galaretkowa z kefirem i ciasto czekoladowe. A Ty co już zrobiłeś z tego co tu zamieszczam? Przyznaj się! :) 

sobota, 6 kwietnia 2013

Popołudnie bezkarnie cytrynowe.

Witam Was moi drodzy. Zaniedbałam trochę blog i swoje tworzenie w kuchni na rzecz pracy magisterskiej. 
Prawie już kończę I rozdział! 

Teraz mogę na chwilę odetchnąć. Jest sobotnie popołudnie. Zaraz ma wpaść do mnie pewien Bogaty człowiek. Na partię scrabble. Człowiek ten uparcie twierdzi, że ani razu z nim nie wygrałam, co jest oczywiście kompletną bzdurą. Kiedy graliśmy w literaki na kurnik.pl to owszem wygrał kilkakrotnie (okej, za każdym razem) ale to tylko dlatego, że oszukiwał! Wiem to, czuję to. Jeśli chodzi prawdziwe scrabble, kiedy się nie ma dostępu do Internetu jakoś mu to nie idzie! :D A dziś to już mu w ogóle nie pójdzie, bo będę rozpraszać go cytrynowymi babeczkami i wu-zet-ką.

Na wu-zet-kę przepis już zamieszczałam. Lekko go tylko zmodyfikowałam i przed położeniem masy posmarowałam ciasto przesmażonym dżemem o smaku owoców leśnych. Polecam!
Pora na babeczki cytrynowe, które sprawiają, że popołudnia stają się bezkarnie cytrynowe. :)
A że rozdział I jest już prawie napisany, to tym bardziej takie bezkarne popołudnie jest wskazane.

Z babeczkami jest tylko 10 minut roboty i około 20 minut pieczenia. Zrobiłam je więc z samego rana, polukrowałam i sypnęłam czekoladą.

Bogaty, jeśli dziś "coś" Ci wypadnie, to Ci nakopię tu i ówdzie! Wczoraj wu-zet-kę robiłam do 24!
A może ktoś jeszcze ma ochotę wpaść na scrabble, babeczki i wu-zet-kę? Jeśli Was to nie przekonuje to jest w domu także galareta, którą babcia wczoraj zrobiła. Zapraszam do siebie na 17!

Podaję Wam przepis na babeczki cytrynowe. :)

Potrzebujemy:
* 4 jajka
* szklanka mąki ziemniaczanej
* szklanka mąki pszennej
* masło roślinne (200g)
* szklanka cukru
* opakowanie cukru wanilinowego
* sok z całej cytryny
* skórka otarta z 1 dużej cytryny
* 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

Na lukier:
* pół szklanki cukru pudru
* sok z połówki cytryny
* 3 łyżki ciepłej wody

Nie zapominajmy też o foremce na muffiny, jeśli ktoś nie posiada (tak jak ja- jeszcze) to polecam papierowe foremki dostępne w każdym większym sklepie. A ciasta wystarcza na 12 babeczek.

Na początek jak zawsze, polecam roztopienie masła roślinnego i odstawienie go, żeby trochę ostygło. Jaja ubijamy z cukrem na puszystą masę, następnie dodajemy przesiane obie mąki, sok z cytryny i skórkę cytrynową. Ubijamy przez minutę na najwyższych obrotach i wlewamy letnie masło roślinne. Dokładnie mieszamy drewnianą łyżką. Kiedy się masło połączy się z masą dodajemy proszek do pieczenia i znów mieszamy. Ciasto przekładamy do foremek ( około półtorej łyżki ciasta na każdą foremkę). Pieczemy około 20 minut w temperaturze 180 stopni. Kiedy wystygną polewamy lukrem ( cukier puder, wodę i sok z cytryny wymieszać)  i ozdabiamy wedle upodobań.
Ja użyłam posypki czekoladowej .



Wiecie, że idzie wiosna? Ja obudziłam się już z zimowego snu, mam w sobie dziś tyle energii, że to nieprawdopodobne! Kolejnym dowodem i ostatnim zarazem na to, że wiosna idzie, jest fakt, że nos mojego psa różowieje. Jest to niezawodna prognoza pogody! ;) 

Miłego, energicznego popołudnia wszystkim! :)))) 

wtorek, 2 kwietnia 2013

Włoski wtorek.

Statystycznie rzecz biorąc, u mnie w domu jemy spaghetti i inne makarony właśnie we wtorek. Dlatego właśnie dziś robiłam spaghetti bolognese. Zdecydowanie nasze ulubione.  I tym samym najsmaczniejsze. 

Potrzebujemy: 
* paczkę makaronu spaghetti 500g
* 300 gram mięsa mielonego
* 1 średnia cebula
* 2 ząbki czosnku
* 5 pomidorów
* 3 łyżki oliwy
* tarty ser żółty
* suszona bazylia, zioła prowansalskie, oregano, pieprz i sól

Makaron gotujemy zgodnie z zaleceniami podanymi na opakowaniu. Czosnek i cebulę drobno posiekać i podsmażyć na oliwie. Dodać mięso, doprawić solą, pieprzem i ziołami. Mięso podsmażać dokładnie, tak aby każdy jeden kawałeczek się zarumienił. Pomidory pokroić na ćwiartki, wrzucić do garnka i rozgotować. Następnie wyłożyć na sitko i tłuczkiem do ziemniaków dokładnie hmmm jak to nazwać? przesiać? :D przez sitko do mięsa. Całość dusić na wolnym ogniu około 20 minut. Makaron odcedzić, wyłożyć na talerz, polać sosem i posypać startym serem żółtym. :) 




Gustoso! :)

Jak się macie moi mili po świętach? My byliśmy głównie rodziną odwiedzanych, niż odwiedzających, więc przez mój dom przewijała się masa ludzi  w tym Austriak i Albańczyk. :) 

Wczoraj jedni goście mijali się w drzwiach z drugimi. A ja kulturalnie zebrałam się i pojechałam razem z Pawłem do mojej kuzynki do Wieliczki. Poznałam jej szalonego kota. W zasadzie to kotkę. Tak szaloną i taką śliczną, że szkoda gadać. Poznajcie Zuzę: 



Miłego dnia moi drodzy! :)